Szaleństwem po medale

To, że oglądanie meczów polskich szczypiornistów przysparza niesamowitych emocji jest już nieomal truizmem. Zresztą taka już jest po prostu piłka ręczna, szkoda, że wielu ludzi przypomina sobie o tym tylko w styczniu, gdy polska kadra gra turniej rangi mistrzowskiej. I może jeszcze od niedawna w grudniu, kiedy o medale MŚ, bądź ME walczą zwyczajowo panie. Ale przyznaję, że jest coś wyjątkowego w tych reprezentacyjnych horrorach, a co wynika ze stylu gry białoczerwonych.

Wychodzi bowiem na to, że w interesie naszej drużyny jest, żeby na obu szóstkach stały mury. Bo ma mocniejszą głowę i łatwiej jest się jej przez taki mur przebić. Rywal nie może nastawić się na zatrzymanie jednego, czy drugiego zawodnika siejącego postrach z drugiej linii, bo niezależnie od tego jaki zestaw rozgrywających z piątki Michał Jurecki, Bielecki, Rojewski, Jurkiewicz i Chrapkowski jest aktualnie na boisku, z wszystkich trzech pozycji może się przytrafić niespodziewany atak przed siebie, bądź zagranie na koło, gdzie czekają na piłki Bartek Jurecki, bądź Syprzak. Którzy przez resztę spotkania wykonują tytaniczną, powtarzam, tytaniczną pracę na rzecz zawodników drugiej linii i ich indywidualnych akcji. Brzmi to jak koszmar każdego taktyka, ale tak to wygląda. Nie ma rytmu w ataku. Nie ma płynności, patrzy się na tę grę i nic się nie wie, co się zaraz wydarzy. Może zbudowawszy potężną machinę obronną, na przyszłoroczne ME w Polsce Michael Biegler przygotuje z naszymi zawodnikami kilka zagrywek zespołowych, nieopierających się indywidualnych umiejętnościach, bądź akcjach dwójkowych. Może w końcu Niemiec sprezentuje nam jakąś wartość dodaną w ataku. A może ten nasz atak jest tym rodzajem szaleństwa, co frazeologia każe nam łączyć z metodą? I należy pozostać jemu wiernym?

Przed nami Katar. Reprezentacja, którą trudno nazywać reprezentacją. Jako kibic chciałbym, żeby nasi szczypiorniści wcisnęli swoim rywalom te petrodolary, co dostają za grę dla Kataru, tak głęboko, żeby wyszły im drugą stroną. Ale mam nadzieję, że polskich zawodników ani trochę te historie nie interesują. Bo w tej chwili jest to po prostu 14 zawodników (i oby tylko 14 – niestety nie ma pewności, co do tego jak się zaprezentują panowie z gwizdkami), których trzeba pokonać nie zważając na to, jak nikłe mają powiązanie z krajem, którego flagę noszą na piersi. To jest mocna drużyna z fenomenalnym bramkarzem między słupkami i wielkim trenerem na ławce. Scenariusz na spotkanie chyba jest taki jak zwykle. Szarpać od pierwszej do ostatniej minuty. Nie pozwolić na porządek, na rytm. Taki, jaki złapali dzisiaj Chorwaci na początku drugiej połowy zdobywając w 8 minut 5 bramek. Choć zespół Kataru też wie, co to znaczy szarpać się – w ostatnim kwadransie dzisiejszego meczu z Niemcami oba zespoły rzuciły zaledwie po dwie bramki.

A może, tak dla odmiany, Polacy wygrają spokojnie i wysoko?
Trwa ładowanie komentarzy...