O autorze
Wrocławianin, student politechniki, bywalec sudeckich szlaków, kibic. Swoją karierę sportową rozpoczął w wieku 10 lat, zaś zakończył mając lat 12. Polski sport nie stracił jednak wiele, gdyż co to byłby za bramkarz piłki ręcznej co ledwo na jeden i trzy ćwierci metra od ziemi odstaje. Pozostało więc obcowanie z wielkim sportem z boku. Patrzenie i opisywanie.
Współpracownik serwisu PubSport.pl.

Spuszczona głowa boskiego Ikera

15 maja 2002 roku. Niespełna 10-letni Paweł Kazimierczyk ogląda swój pierwszy finał Ligi Mistrzów. Na Hampden Park w Glasgow Real Madryt gra z sensacyjnym finalistą Bayerem Leverkusen. Obie drużyny szybko strzelają po golu. Pod koniec pierwszej połowy Zinedine Zidane przecudnym wolejem z 16 metrów zdobywa bramkę na 2:1. Po przerwie Królewscy kontrolują grę. W 68. minucie bramkarz Realu Cesar Sanchez po wyłapaniu dośrodkowania spada na stopę Lucio. Wstaje tylko dzięki pomocy sztabu medycznego i tylko po to, by opuścić boisko. W jego miejsce wchodzi Iker Casilias.

Nie był to jego debiut w pierwszej drużynie. Miał już na swoim koncie kilkadziesiąt spotkań w Realu i kilkanaście w kadrze Hiszpanii, jednak w sezonie 01/02 Cesar wygryzł go z jedenastki. Casilias w samej końcówce obronił kilka bardzo trudnych piłek i został jednym z bohaterów tego finału. Zaraz potem był mundial. Dzięki kuriozalnej kontuzji Santiago Canizaresa, który upuścił na stopę szklany flakon z perfumami, Casilias wskoczył do pierwszego składu. Z grupy Hiszpanie wyszli z kompletem punktów. W 1/8 finału zmierzyli się z Irlandczykami. Bramkarz Realu obronił jednego z dwóch karnych w trakcie meczu (ten wpuszczony, w 90. minucie, spowodował dogrywkę), zaś w konkursie jedenastek skutecznie interweniował po dwakroć, dzięki czemu Hiszpanie wygrali karne 3:2. Potem jednak była Korea Południowa i sędziowie.

Nieszczęśliwy upadek na stopę rywala i upuszczony flakonik. Po tych dwu wydarzeniach Casilias wskoczył do podstawowego składu w klubie i reprezentacji, by zostać tam na bardzo długo. No i wskoczył do głów mnóstwa kibiców na całym świecie. Choćby takich 10-letnich chłopaków oglądających to sobie w telewizji. A potem latających między słupkami w szkole i na podwórku. Boski Iker to był mistrz. W tamtych latach w wielkiej formie był jeszcze Gianluigi Buffon, ale niższy Hiszpan bardziej pasował mojej specyfice. Mimo że nie lubiłem Realu. Za to, że burzył zastany przeze mnie piękny futbolowy świat zabierając Beckhama z Manchesteru i Owena z Liverpoolu, i że był taki głupi, by oddać arcymistrza gry głową Fernando Morientesa, za co ten z resztą odwdzięczył się w fenomenalnym ćwierćfinale LM 03/04 strzelając Królewskim dwie bramki. W całych tamtych rozgrywkach został on z resztą królem strzelców LM zdobywając 9 bramek, z czego 6 głową. W taki sam sposób umieścił też piłkę w siatce Irlandczyków we wspomnianym wyżej meczu mundialu 2002.

Ale dość o Morientesie. Iker Casilias przez dekadę był niekwestionowanym numerem jeden i w Realu i w kadrze. Wiele mogło się wydarzyć, ale to był aksjomat. Nawet Raul mógł odejść, ale boski Iker miał pobić wszystkie rekordy i stać się nieśmiertelnym. I przecież nie chodziło o to, że był pomnikiem. On był po prostu fenomenalnym zawodnikiem. Nie znającym kontuzji, ani wahnięć formy. Świat szedł do przodu, zawodnicy się zmieniali, ale prędzej można się było śmierci we własnym łóżku leżąc spodziewać, aniżeli utraty miejsca w składzie Realu przez Casilliasa. W 2008 roku podpisał kontrakt do końca sezonu 2016/2017.

Aż nadszedł grudzień 2012. 22 dnia tegoż miesiąca w meczu przeciwko Maladze Jose Mourinho wystawił w bramce Adana. Wiadomo, że portugalski szkoleniowiec jest zdolny do wszystkiego, ale czasem zaskakujące jest jak wiele mieści się po słowem "wszystko". Kilka tygodni później była pierwsza w karierze poważna kontuzja i transfer Diego Lopeza na zastępstwo (bo przecież nikt nawet nie sugerował, że Adan jest lepszy sportowo od Casilliasa). W końcu bieżący sezon i niesamowita decyzja Ancelottiego o postawieniu na Lopeza w lidze krajowej, a Casilliasa w Pucharze Króla i Lidze Mistrzów. Ale kadrze pozycja jest niezachwiana, a Lopez ogląda mundial w telewizji. Choć może i był w lepszej formie. Wybity z wieloletniego rytmu meczowego boski Iker faktycznie zanotował obniżkę dyspozycji. Błąd w finale Ligi Mistrzów. I w końcu odskoczenie piłki przy przyjęciu we własnym polu karnym w piątkowym mecze z Holandią.

No właśnie. Do piłki dopada van Persie i podwyższa na 4:1. Casillias przez chwilę patrzy się w kierunku bramki, a potem spuszcza głowę. I w tym momencie przed moimi oczami przeszło to wszystko o czym powyżej napisałem. No, może oprócz dygresji o Morientesie. Nie wiem co myślał sam Casillias, ale doskonale wiedział, że popełnił potężny błąd. Na pewno niepierwszy w swojej karierze. Pewnie i nie najważniejszy, bo umówmy się, Holendrzy tak, czy inaczej zdobyliby te trzy punkty. Ale coś się chyba stało. Może to kulminacja tego zakrętu, no może na razie napiszmy wirażu, w karierze Casilliasa. A może kandydat na symbol wyraźnie już oczekiwanego końca wielkiej Hiszpanii. Bo chyba nie samego Ikera. Toż ma on dopiero 33 lata. I nawet gdyby przyszło mu odejść z Realu, to pewnie wzorem Raula, wpadnie do jakiejś solidnej drużyny wypychając ją piętro wyżej swoim jestestwem.

Dziś Casillias wraca na boisko. Bo nie wyobrażam sobie by del Bosque (który, swoją drogą był trenerem Realu, gdy wygrywał on w finale z Bayerem) posadził swojego kapitana na ławce. On nie musi być, jak Mourinho, samcem alfa w swojej szatni. Bowiem pomimo tego, że Portugalczyk narozrabiał, a potem uciekł na cieplutkie krzesełko u Romana Abramowicza, to Iker Casillias jedną z największych postaci piłki nożnej XXI wieku jest.
Trwa ładowanie komentarzy...